Pasje.
Przeczytałam sobie całkiem niedawno "Kilka słów prawdy" z własnego bloga. Tak na prawdę to kilka słów o mnie, o tym co lubiłam, jakie poglądy wyznawałam, kogo podziwiałam. Pamiętam że nie miałam najmniejszych problemów z odpowiedzią na te pytania kilka lat temu. A teraz? Aktualnie zastanawiałabym się nad całkiem podstawowymi pytaniami, np. co lubię?
Dlaczego tak się stało? Czy nie wiedząc co nam sprawia radość, co tak na prawdę lubimy możemy być szczęśliwi? Co w życiu sprawia że zatracamy siebie w codzienności? I czy nie możemy być szczęśliwi sami ze sobą bez względu na inne okoliczności losu? Czy to własnie to że nie jesteśmy pogodzeni ze sobą, nie znamy siebie lub też zatraciliśmy siebie w związku sprawia że jesteśmy nieszczęśliwi ze sobą i z każdą inną osobą u boku? Nie akceptując siebie jesteśmy niezdolni do miłości innych?
Bardzo mnie ta sprawa dzisiaj zastanawia. Złożyło się na to kilka rzeczy. Pierwszym jest wspomniane wyżej "kilka słów prawdy", drugim książka którą aktualnie czytam "Między wierszami" J.L. Wiśniewskiego i M. Domagalik. Trzecią film obejrzany wczoraj "Niebezpieczna metoda" reż. Davida Cronenberga.
W książce zastanowił mnie taki oto cytat: "Praca to miłość, którą widać. I jeśli nie umiesz pracować z miłością, tylko pełen niesmaku - lepiej pozostaw pracę swoją. Przytul się do stopni świątyni i przyjmij jałmużnę od tych, którzy trudzą się radośnie. Jesli będziesz obojetny w czasie pieczenia chleba, wypieczesz chleb goryczy. Ten chleb zaspokoi jedynie połowę głodu człowieczego. Jeśli niechętnie tłoczysz winne grona - niechęć ta zwarzy wino niby trucizna. I nawet gdy śpiewasz jako anioł, a pieśni swej nie pokochałeś, zagłuszysz głos dnia i szept nocy"
Khalil Gibran 'Prorok'. Tak więc wszystko co jest robione z pasją jest po prostu lepsze. Nie jest to prawda trudna do odkrycia. O wiele trudniejsze jest znalezienie w życiu pasji. I to sprowadza mnie do podstawowego i wydawać by się mogło, bardzo prostego pytania - co lubię? Będę się nad tym dzisiaj głęboko zastanawiała. Co lubię? I dlaczego 'zapomnialam' o drobnostkach które sprawiały mi tyle radości w przeszłości? Czy już ich nie lubię? Czy po prostu 'musiałam' z jakiś powodów z nich zrezygnować? Czy częste kompromisy na jakie się godziłam w ostatnim czasie rzeczywiście sprawiły że żyje mi się lżej, czy raczej spowodowały że życie stało się jedynie bardziej czarno - biało, szaro - bure? Do czego to wszystko prowadzi?
Joanna 2012-02-22 12:08:22
skomentuj (2)
Decyzje.
Decyzja została podjęta, bilety kupione. Wyjeżdzamy z Polski. Długo o tym rozmawialiśmy, niby już od dawna wiedzialam że wyjedziemy ale tak na prawdę w pełni zrozumiałam że to dzieje się na prawdę w momencie zamawiania biletów lotniczych w jedną stronę, bez planowanego powrotu. Podświadomie czuję że to nie jest wyjazd na kilka miesięcy. Nie wiem co mnie czeka zagranicą, nie wiem gdzie osiądziemy na dłużej. Wiem tylko gdzie zacznie się nasza podróż w poszukiwaniu lepszego życia. Z pewnością nie będzie łatwo, wyjazd w nieznane budzi pewne obawy ale też spory dreszczyk emocji. Kłębią się we mnie przeciwstawne emocje, i się boję i jestem podekscytowana tym że coś nowego się będzie działo. Strach ostatnio dosyć często mi towarzyszyl - zbyt często, dlatego skupiam się na tych pozytywnych emocjach. Przeciez kiedyś lubiłam wyzwania i gdzieś tam powoli budzi się we mnie uśpiona przez ponurą codzienność ciekawość świata. Nie mogę się już doczekać tego że będę poznawać nowy język, inną kulturę, że będę się znowu czegoś nowego uczyła. Nie przeraża mnie ciężka praca, ani początkowe problemu z dogadywaniem się w języku francuskim. Wiem jedno jeżeli stąd nie wyjadę to wsiąknę w tą ponurą szarość i będę egzystować w takiem zawieszeniu przez długie lata. A tak w końcu będę musiała się przełamać i zacząć na początku mówić po angielsku, potem nauczę się francuskiego i pojadę dalej zwiadzać świat :) A na starość razem z Norbertem przeprowadzimy się do kraju trzeciego świata, gdzie jest cieplutko i przyjemnie i będziemy w hamakach sączyć drinki z palemką ;). Tak właśnie trzeba myśleć :)
Joanna 2012-02-08 19:10:37
skomentuj (0)
Rozterki
Mam dzisiaj totalny 'rozpierdolnik' w głowie. Od pewnego czasu jestem totalnym kłębkiem nerwów i wydaje mi się że cały świat jest przeciwko mnie. Wszystko idzie bardzo opornie, ciągle napotykam na drodze jakieś przeszkody albo co gorsze, odnoszę porażki. Jestem u kresu swoich sił i brakuje mi optymizmu oraz nadziei że będzie lepiej. Zdażają mi się czasem jakieś przebłyski optymizmu ale to tylko krótkotrwałe chwile w ogólnym zagubieniu. 'Rozpierdolik' trwa i wyrządza w moim wewnętrznym świecie coraz większe spustoszenie. Cień nadziei że to tylko okres totalnego dołu od którego trzeba się odbić żeby "byc na szczycie" jest bardzo bardzo nikły.
Jestem sfrustrowana, zmęczona ciągłą walką z codziennością. A dziś dodatkowo boli mnie każdy możliwy mięsień. Żeby się totalnie nie pogrążyć jak zdażyło mi się to już w przeszłości, postanowiłam wrócić do kilku nawyków które pomagały mi zwalczać negatywne emocje. Tak więc znowu śmigam na siłownię i aerobik. Dzisiaj po ponad 2 latach poszłam do biblioteki i wypozyczyłam trzy książki autora który zawsze koi moją 'zbolała' duszę ;). Zaobaczymy czy małymi kroczkami wyjdę na prostą...
Joanna 2012-01-31 20:38:20
skomentuj (0)
Katharsis.
Chyba nigdy mi to nie minie, chęć wyrzucania z siebie nagromadzonych myśli, przelewania ich na kartki papieru albo bardziej nowoczesnie - na edytory tekstu bądź właśnie blogi. Nie robię tego regularnie, nie robię (już/aktualnie) tego pod publikę, ale dalej mam taką wewnętrzną potrzebę,
Ostatnio się to nasiliło, dużo zaczęłam myśleć o sobie i swoim życiu. O tym że na niektóre rzeczy zaczęłam zwracać uwagę zbyt późno (np. intensywne dbanie o swój wygląd, praca), inne ze względu na wlasny strach, obawy, niepewność odkładałam na bliżej nieokreśloną przyszłość, przez co to co mogło być zrobione już dawno temu robię dopiero dzisiaj ( prawko). Mam do siebie trochę pretnesji o to jak ograniczone było moje myślenie na niektóre tematy.
Na przykład: Dbanie o siebie. Zawsze starałam się dbać o swój wygląd - balsamy, kremy, masaczki, odżywki do włosów. Jednak te dbanie o siebie skupiało się zawsze przede wszystkim wokół tego że muszę schudnąć. Od niepamiętnych czasów muszę schudnąć. Aktualnie też tak uważam, ale zaczęłam na to patrzeć "szerzej". Do tej pory miałam takie jakieś śmieszne podejście, że na początku schudnę a potem zajmę się: zmianą fryzury, koloru włosów, dopasowaniem ubrań, zadbaniem o odpowiedni makijaż. Tak jakby wcześniej to co mam na sobie i jak wyglądam na codzień nie miało znaczenia. Diametralny błąd myślowy. Wszystko to powinno się zmienieć razem. Nie może byc tak że chudnę a potem patrzę w lustro i tak nie jestem zadowolona bo jestem niezadbanym patyczakiem z poszarzałą cerą, zniszczonymi włosami i w rozciągniętych ciuchach. Teraz wydaje mi się to wszystko logiczne, że dbanie o sobie to tak na prawdę żmudna praca, powtarzanie różnych czynności jak mandtr regularnie, z dbałością i ciągła modyfikacja tego procesu w zależności od potrzeb. Trzeba dużo na to czasu i pieniędzy. Ale przede wszystkim chęci i niezmordowanej motywacji żeby po ciężkim dniu jednak wklepać w odpowiednie partie ciała taki, czy taki specyfik. Jaka jest za to nagroda? Taka że piękni mają łatwiej w życiu. I to jest prawda, bez względu na to jak brutalnie brzmi. Możesz nie znać kilku języków obcych, możesz nie znać nawet jednego, ale jak będziesz pięknie wyglądać to Ci to wybaczą, a i tak jakoś sie z osobą "zagramaniczną" dogadasz, bo będzie miała dla Ciebie więcej cierpliwości. Dlaczego? Ponieważ wszyscy ludzie lubią przebywać/ otaczać się pięknymi osobami. Cholerna prawda o tym jak ważne jest "opakowanie".
W sprawie prawka, też trzeba się przyznać do totalniej porażki. Ciągnie się to moje prawko i ciągnie i skończyć go nie mogę od września. Na początku kilka lat odkładałam zrobienie prawka bo "po co wkońcu nie mam samochodu", potem "nie mam czasu, dużo pracuje/studiuje". Aż po skończeniu studiów głupie wymówki się skończyły. Samochód jest, czas wolny jest. Czego brakuje? Pewności siebie. I tak zapisałam się (zmuszona trochę przez męża). Odbębniłam teorię i znowu przestój. Dlaczego? Paraliżujący strach przed tym że sobie nie poradzę, że będę kolejną "babą na drodze". Tak więc zwlekałam kolejny miesiąc. Ale jak się coś zaczęło to trzeba to skończyć, więc w końcu z wielkim strachem i pełna obaw poszłam na pierwszą jazdę. (Wcześniej nauczyłam się odpalać samochód i jako tako manewrowac samochodem prywatnym co kosztowało mnie mnóstwo nerwów, łez i ogólnego blokowania się w sobie.) I jak co się okazało? Pierwsza jazda była cudowna (zgasł mi samochód tylko 3 razy, na placyku byłam niecałe 5 minut). Pokochałam jazdę samochodem, ale do czasu. Okazało się że na początku dużo błędów było mi darowanych i traktowanych z przymrurzeniem oka. Teraz kiedy zostało już tylko kilka godzin do końca kursu, znowu zaczynam się denerwować. Włączył się mój perfekcjonizm i nie jestem zadowolona ze swojej jazdy. Znowu mam chęć wszystko jeszcze troche przeciągnąć bo coraz bliżej do egzaminu. Traktuje to jak ucieczkę i z tym walczę, mimo obaw chodzę na jazdy. Staram się nie wymyślać wymówek żeby odwoływać umówione już kolejene godziny nauki jazdy. I tak jakoś trwam, myśląc kiedy w końcu będą po prostu pewna tego co robię. A nie ciągle podważająca własne decyzje i wybory życiowe. Czy takie myślenie kiedyś się skończy?
Joanna 2011-11-23 13:00:53
skomentuj (0)
Nie do wiary.
Aż trudno uwierzyć w to że ten przybytek żali i radości jeszcze istnieje w sieci. Pozostawiłam tutaj kawałek siebie, swoich wspomnień. Dawno do nich nie wracałam, a już do próby zobaczenia bloga od strony technicznej. Ależ się tutaj pozmieniało. Nic nie jest takie jak kiedyś. Ale może to i dobrze. Słucham Skunk Anansie i jakoś tak mi dobrze, i się uśmiecham, bo miło jest wrócić do czegoś co się na prawdę kochało.
A ja właśnie kochałam pisać.
Reaktywacja? Być może, ale nie będę sobie nic obiecywać.Bez obietnic nie ma rozczarowań.
7 listopad 2010 Niedziela
Joanna 2010-11-07 18:39:47
skomentuj (1)
5 stycznia 2008 12.55a.m SOBOTA
Jak sie przekonuje oglądanie wybranych filmów czy też seriali telewizyjnych nie jest zajęciam całkiem odmóżdzającym jeżeli po pierwsze wybiera sie bardziej ambitne produkcje a do tego podczas oglądania stawia sie pytania dlaczego tak jest i potem znajduje sie na to odpowiedzi.
Jakiś czas temu oglądałam film "Lepiej późno niż później" Taki sympatyczny smieszny film o podstarzałym aczkolwiek błyskotliwym podrywaczu, który romansował jedynie z młodymi kobietami. Była tam taka scena (przypuszczałam na poczatku że jedynie na potrzeby filmu w celu rozśmieszenia oglądających) kiedy trafił od do szpitala ponieważ dostał zawału w trakcie igraszek ze swoją młodą partnerką. W szpitalu spytano sie go czy przyjmuje Viagrę, oczywiście zaprzeczył bo jak można sie przyzanć do przyjmowania niebieskiej pigułki szcześcia gdy obok stoi młoda i piekna kobieta. Pytanie to było na tyle ważne gdyż podczas bólów wiecowych chciano mu podac lek z tlenkiem azotu, który jest niebezpieczny jezeli łączy sie go z Viagrą. Myslałam że to fikcja. Ale zadałam sobie pytanie czy to prawda.
Ale rzeczywiście tak jest :).
Tlenek azotu w dużej ilości jest trucizną o czym wiedzą wszyscy. Jest głównym składnikiem spalin samochodów i smogu.
Jednak podawany w odpowiednich ilościach w chrobach wieńcowych wpływa na napięcie mięśni w ścinach naczyń krwionosnych, a rozszerzając je łagodzi ból i obniża ciśnienie krwi.
Jest on także mediatorem przy wzwodzie, uwalnianym z zakonczeń nerwoych leżących w pobliżu naczyń krwionosnych prącia. A działanie Viagry jest niczym innym jak wzmocnieniem tego efektu. Dlatego jednoczesne zazywanie leków z tlenkiem azotu(azotynu amylu czy nitrogliceryny) i Viagry może prowadzić do szybszego zawału czy też smierci.
Informacje zaczerpnięte z książki "Cała prawda o hormonach" Vivienne Parry.
Druga sprawa. Czwartowy odcinek Dr Housa. Pacjentka z zaburzeniami snu, wstawała zmeczona, z dziwnymi zmianami skórnymi, brakiem miesiączki itd. House stwierdził że zmiany skórne to malinka na szyi i obtracia na posladkach od dywanu a brak miesiaczki spowodowany był początkowo ciążą a potem poronieniem. Kobieta otrzymuje że od rozwodu (rok czasu) nie uprawiała sexu. Jak sie okazało miała ona zaburzenia snu, coś podobnego do lunatyzmu i w nocy wędrowała z własnego mieszkania do łóżka byłego męża który mieszkał piętro niżej i po prostu sie z nim kochała rano nic niepamiętając. Myślałam żde to lekko naciągana, aczkolwiek smieszna historyjka.
Wczoraj przypadkiem trafiłam na naukowe powierdzenie tego rodzaju lunatyzmu. "Kanadyjscy naukowcy z kliniki snu z Toronto odkryli ze niektórzy z nas współżyją przez sen. Seksomnię (połączenie lunatyzmu i snów erotycznych) po raz pierwszy opisano w 2003r. co prawda dotyczny to tylko ok 1% ludzi, ale dla ich partnerów ta przypadłość bywa nieco ... uciązliwa. Lunatyk- erotoman moża zachowywac się inaczej niż zwykle i co gorsze, rano niczego nier pamiętać"
Informacje z "Shape" styczen 2008
I tak oto moja ciekawośc zostaje małymi kroczkami zaspokojona. :)
Joanna 2008-01-05 13:38:15
skomentuj (0)
4 stycznia 2008 PIATEK 9.55p.m.
Mam już swoją książke I nie tylko książke :P Ale musze sie opanować z wydawaniem pieniędzy ;P Wydaje wiecej niż zarabiam. Szok
Odkryłam dziś w sobie coś nowego. Umiem robić sceny zazdrości i złości w miejscach publicznych. Dostało sie dzisiaj Norbertowi w Empiku za wczorajszy wieczór z kolegami o którym nic nie wiedziałam. Oczywiście to wszystko było na żarty, ale jaką on miał minę :P A potem cały dzień sobie docinaliśmy. Dziękujmy Bogu że wyposarzył nas w potęzne dawki humoru i zdrowego rozsądku :P
Zaczytana :)
Joanna 2008-01-05 13:36:15
skomentuj (0)